O SOBIE…
Nazywam się Agnieszka Pacierz. Chodzę do klasy II c, gimnazjum im. Jana Pawła II w Daleszycach. Uwielbiam chodzić na długie spacery w spokojne miejsca, z dala od ludzi i hałasu.
Moim ulubionym zajęciem i pomysłem na spędzenie wolnego czasu jest właśnie pisanie, głównie opowiadań. Nieraz są one krótsze, innym razem dłuższe.
To pomaga mi oderwać się od szarej rzeczywistości i zapomnieć o problemach.
Zaprezentowane tu opowiadanie należy do moich ulubionych.
Narodziny przyjaźni
Piętnastoletnia Ola była jedynaczką, mieszkającą wraz z rodzicami
w małym, jednorodzinnym domku z dużym ogródkiem, w którym razem
z matką siały i sadziły kwiaty.
Nie miała żadnych przyjaciół. Było jej z tym źle. Czuła się samotna.
Nie mogła przecież o wszystkim rozmawiać z rodzicami.
Od kilku miesięcy marzyła o małym piesku, z którym wychodziłaby na spacery, biegała.
Mówią, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka.
Pewnego wieczoru postanowiła porozmawiać o tym z rodzicami.
- I co wy na to? – zapytała.
- Córuś, ale kto będzie się nim zajmował, wychodził na spacery, karmił…
- Ja, mamo.
- A jeśli zapomnisz? – zapytał ojciec.
- Wy wciąż myślicie, że ja mam 10 lat, a tymczasem, już dorosłam, nie jestem dziesięcioletnią, rozpieszczoną i nieodpowiedzialną dziewczynką.
- My to wiemy – dodał ojciec.
- Tak? To czemu mi nie ufacie?
- Ufamy, tylko… – przerwała matka.
- Tylko co? – spojrzała na nich.
- Uff… no, zastanowimy się nad tym. Daj nam trochę czasu – poddała się matka i popatrzyła na ojca.
- Obiecujecie? – zapytała niepewnie.
- Tak, obiecujemy – dodał ojciec.
- Dziękuję – uśmiechnęła się i wybiegła do szkoły. Cały czas myślała o tym,
co powiedzieli rodzice.
Mijały dni. Ola już dwa razy była w przyszkolnym schronisku, by obejrzeć psy. Wszystkie jej się podobały, dlatego miałaby kłopot z wybraniem jednego z nich. Pewnego dnia, wracając ze szkoły przez park, usłyszała jakieś przeraźliwe wycie. Natychmiast ruszyła w tę stronę. Ujrzała małego kundelka przywiązanego do drzewa. Ostrożnie do niego podeszła.
- Cześć, piesku. Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy – delikatnie rozwiązała sznur. – Zabiorę cię do domu. Biedactwo, kto cię tutaj zostawił? – wzięła go na ręce
i zaniosła do domu. Już od progu usłyszała:
- Co ty tam masz?
- …y… pieska- odpowiedziała zmieszana.
- Jak to? – dociekała matka.
- Znalazłam go…
- Gdzie?
- W parku. Biedaczek był przywiązany do drzewa. Nie mogłam go zostawić…
- Ale córuś, nawet nie wiesz, czy jest zdrowy. A może go ktoś teraz szuka?
- Mamo, po pierwsze, to wezmę go do weterynarza, a po drugie, jeżeli ktoś
by go chciał, to nie przywiązałby go do drzewa. Zrozum.
- Córciu…
- Spójrz w jego oczy – czarne, małe i błyszczące oczka, patrzyły na wysoką kobietę. W końcu uległa temu bezbronnemu stworzeniu.
- Masz rację . Ale musisz zabrać go do weterynarza. Tylko porozmawiaj
z ojcem. I daj mu jeść…
- Dziękuję – cmoknęła ją w policzek i nalała na mały spodeczek letniego mleka. Zlękniony psiak chlipał tak głośno, że było go słychać w przedpokoju.
Później zabrała go do weterynarza, a wieczorem porozmawiała z ojcem, który ujrzawszy pieska, zgodził się, by pozostał w domu. Tym bardziej, że kundelek tryskał zdrowiem.
Następnego dnia po szkole Ola zabrała pieska na długi spacer do parku.
- Jak cię nazwać? Hm? – mówiła do psiaka, który merdał ogonkiem, biegając wokół jej nóg.
- Hm… może Reksio? Albo Borysek? A może po prostu…
- Dunaj! – usłyszała za plecami krzyk. Odwróciła się szybko i ujrzała wysokiego chłopaka biegnącego w jej stronę. Szybko chwyciła psa i stała bez ruchu.
- Dunaj, piesku! Znalazłem cię, nareszcie… chodź… – wyciągnął ręce.
- Zaraz, zaraz! – zaprotestowała Ola – Kim ty jesteś?! A w ogóle, to zostaw mojego psa! – wykrzyknęła Ola.
- Jak to… twojego? To mój Dunaj.
- O nie, na pewno nie, to pomyłka.
- Nie! Zaginął mi wczoraj, zostawiłem go i… uciekł.
- Acha, i sam przywiązał się do drzewa?
- Jak to… do drzewa… – zbladł, a czarne, długie włosy opadły mu na czoło.
- Znalazłam go przywiązanego do drzewa, przeraźliwie skamlał. Jak mogłeś?!
- To nie ja…
- Akurat!
- Naprawdę… – spojrzał na nią błękitnymi oczami, a ona zaczynała mu wierzyć.
- Więc kto…
- Pewnie mój jedenastoletni brat. Nie lubił Dunaja. Jeszcze to, wczoraj…
- Co?
- A, pokłóciliśmy się.
- Przykro mi. Więc to naprawdę nie ty?
- Naprawdę.
- Przepraszam. Źle cię osądziłam.
- Nic nie szkodzi, a tak w ogóle – wyciągnął rękę – jestem Tomek.
- Ola. Miło mi – podała mu rękę.
- Mnie też. Co będzie z psem?
- Nie wiem. Przywiązałam się do niego.
- Ja też, więc co?
- Może… jeden dzień u mnie, jeden u ciebie?
- Dobry pomysł, tylko…
- Tylko co?
- Mój brat.
- Poradzisz sobie z nim, jest w końcu młodszy. Swoją drogą cwaniak z niego.
- Jak to?
- Wiedział, jaki jest twój słaby punkt.
- Masz rację. Pogadam sobie z nim. Roześmiali się i usiedli na pobliskiej ławce.
Rozmowa coraz bardziej im się podobała, coraz bardziej ich łączyła. Bawili
się z Dunajem.
Pies jeden dzień był u Oli, drugi u Tomka.
Coraz częściej wychodzili razem na spacery, spotykali się, razem biegali.
Spełniło się marzenie Oli. Oboje bardzo się polubili i zostali najlepszymi przyjaciółmi.